Ubierz się w Śląsk  – wywiad z kierowniczką produkcji marki GRYFNIE – Marią Dziubany

Ubierz się w Śląsk  – wywiad z kierowniczką produkcji marki GRYFNIE – Marią Dziubany

Jak kopalnię pomysłów przekuć w dobrze prosperujący biznes, w jaki sposób sprzedać Śląsk reszcie świata i czy intuicja to najlepsze narzędzie marketingowe pytamy Marię Dziubany, menedżera sklepu Gryfnie w Katowicach.

Psssst! Interesujesz się śląskimi markami? Mamy dla Ciebie: wywiad z Pawłem Bortelem z Lodowato,  wywiad zPrzemkiem Błaszczykiem z Mañana Bistro i restauracji NOVO oraz z Tomaszem Godziekiem z Poszetki.

 

Kava Studio: Jak to się stało, że zaczęliście zarabiać na gryfnych słowach?
Maria Dziubany: Z końcem 2011 roku, został założony fanpage na Facebooku pod nazwą gryfnie. Klaudia i Krzysztof Rokselowie, młode małżeństwo z Pszczyny, chcieli w ten sposób zapoczątkować projekt mający na celu promowanie gwary śląskiej w nowoczesnej formie. Doceniając rodzinną tradycję oraz wieloletnią pasję do śląskiej kultury i mowy, chcieli też na swój sposób zatroszczyć się o nią. Od samego początku, w cyklu „gryfne słowo”, pokazując kolejne śląskie wyrazy, zachęcają odbiorców do używania regionalnej mowy. Publikowano także zdjęcia charakterystycznych dla Śląska miejsc, albo też tych zapomnianych, które warto odwiedzić. Na profilu polecano również twórczość śląskich artystów, a także godne uwagi wydarzenia. Organizowano też konkursy dla miłośników „ślonskij godki”. W dwa miesiące od powstania, gryfnie zrealizowało swój pierwszy materialny projekt o nazwie Jo Ci Przaja. Była to kartka okolicznościowa z takim właśnie napisem, drukowana w Muzeum Prasy Śląskiej w Pszczynie na ponad stuletniej prasie Heidelberg. W celu wypromowania produktu oraz umożliwienia jego detalicznego zakupu stworzono samodzielną witrynę internetową gryfnie.com.

Po kilku tygodniach, na nowej stronie internetowej, opublikowano pierwszy artykuł pisany w gwarze śląskiej, a zaraz po nim pierwszy wywiad z człowiekiem, który pracuje na rzecz Górnego Śląska. Autorką tekstów była Klaudia Roksela. Opisy dotyczyły śląskich obyczajów, specjałów lokalnej kuchni, urządzeń codziennego użytku, czasem wspomnień z dzieciństwa, ale także miejsc i postaci związanych z kulturą regionalną.
Następne dni przyniosły wreszcie pierwsze odzieżowe produkty, które zapoczątkowały kolekcję Na zicher!, uzupełnianą po dziś dzień nowymi projektami. Były to dwie koszulki damskie i dwie męskie.

I tak do gryfnie zajrzały pierwszy raz pieniądze. Ale do zarabiania jeszcze było dosyć daleko, ponieważ inwestycja była spora, a na jej zwrócenie trzeba było poczekać. Wraz z kolejnymi produktami przychodziły nowe pomysły i tak asortyment się powiększał, a dzięki bogatszej ofercie wzrastały też obroty. Ryzyko się opłaciło i po dwóch latach można było już pomyśleć o otworzeniu sklepu stacjonarnego. Zainteresowanie sklepem i całą działalnością gryfnie przerosło oczekiwania wszystkich zaangażowanych. Właśnie teraz, z początkiem listopada przeprowadziliśmy nasz sklep i siedzibę całej firmy do większego lokalu przy ul. Andrzeja 8 w Katowicach, a to także znak, że dajemy radę i rozwijamy się!

KS: Wasza komunikacja w mediach społecznościowych jest spójna i przemyślana. Jedno jest pewne: sukces Gryfnie to nie dzieło przypadku. Jaka jest Wasza strategia prowadzenia biznesu?
MD: Od początku wizerunek gryfnie miał w każdym względzie być profesjonalny i mamy nadzieję, że to się nam udaje. 🙂
W naszych postach unikamy amatorskich zdjęć, nadmiaru emotikon i nieprzemyślanych słów. Każda nasza aktywność przechodzi przez konsultacje z kilkoma osobami spośród naszej załogi i to jest sposób na wychwycenie niemal każdej niedoskonałości. Dopiero po wszystkich sugestiach i kiedy już jesteśmy pewni tego, co chcemy opublikować, zabieramy głos w sieci.
Nikt z nas nie jest wykształcony w kierunku związanym z biznesem, toteż nie będziemy się mądrzyć na temat strategii prowadzenia firmy, bo nasze działania są raczej intuicyjne, jednak podparte kilkoma najistotniejszymi filarami tj. najwyższa jakość materiałów, z których wykonywane są nasze produkty, wychwytywanie aktualnych trendów graficznych, kolorystycznych, zgodnie z którymi nasi graficy realizują kolejne projekty (nie tylko odzieżowe, ale także banery na stronę internetową, czy okolicznościowe grafiki na nasz fanpage), a przede wszystkim wierność śląskiej godce, kulturze i tradycji. To każdorazowe sprawdzanie w słownikach znaczenia i pisowni słów, których chcemy użyć, choć wszyscy jesteśmy doskonale obeznani z gwarą i posługujemy się nią na co dzień (chcemy zapobiec sytuacjom, w których okazuje się, że dane słowo ma kilka znaczeń, a my go nie znamy). Często też konsultujemy się z naszymi rodzinami, przyjaciółmi lub specjalistami od danej dziedziny w tematyce śląskiej, bo nie dość, że upewniamy się w kierunku naszych działań, to także wciąż poznajemy nowe elementy kultury Górnego Śląska i możemy czerpać jeszcze więcej.

KS: Jesteście śląscy od A do Z. Słyszeliśmy plotkę, że przy rekrutacji szukacie kandydatów, z którymi możecie znaleźć wspólny język — też musi godać. Czy to prawda?
MD: Ja, to nojprawdziwszo prowda! Kiedy szukamy kogoś do pracy w naszym sklepie, zawsze głównym kryterium jest biegłość w śląskiej mowie. Nie jest dla nas istotnym kryterium wysokie wykształcenie czy bogate doświadczenie, ale właśnie bycie Ślązakiem i życie Śląskiem. To ważne, bo gdy ktoś wierzy w naszą ideę i rozumie naszą miłość i sentyment do Czarnej Ziemi, to jesteśmy za niego pewni. Ponadto nasi klienci także liczą na to, że w gryfnie mogą pogodać i nigdy im tego nie odmawiamy, a wprost sami wychodzimy do nich ze śląskim i dopiero wówczas gdy ktoś nas nie rozumie przełączamy się na polski.

KS: „Jo żech to już kajś widzioł”, „Chop-luftmysza”, „Beboki i Kamraty” to tylko kilka tytułów filmów po śląsku. Akcja, której byliście pomysłodawcami przeszła już do wiralowej historii. Macie przepis na takie kampanie?
MD: Do tej pory dostajemy informacje świadczące o tym, że wiele osób doskonale pamięta akcję z nazwami filmów po śląsku i cieszymy się, że ludzie wciąż ją wspominają, ale też zasmuca nas to, że efekty naszych działań i aktywności naszych fanów wykorzystała konkurencyjna firma.
Nie mamy jakiejś sprawdzonej metody na tego typu kampanie, bo cała sympatia i zainteresowanie, którym jesteśmy darzeni mają swoje źródło w przywiązaniu ludzi do Śląska — my tylko pielęgnujemy to, co dla Ślązaków ważne. Jeśli robimy coś z serca, to trafia także do serc ludzi i oni z własnej woli się z tym identyfikują i podają dalej.

KS: Mamy wrażenie, że najwięcej klientów Gryfnie pochodzi ze Śląska, że Wasze ubrania i akcesoria noszą przede wszystkim młodzi ludzie, którzy w ten sposób chcą wyrazić swoją tożsamość i przywiązanie do tradycji. Zgadzasz się z tym? Jakie są Wasze grupy docelowe?
MD: Nie do końca prawdą jest to, że głównie obsługujemy Ślązaków i to młodych. Można wskazać pewną większość na ludzi związanych ze Śląskiem, ale mamy także wielu klientów, którzy kupują u nas ze względu na dobry dizajn i jakość materiałów lub tych, którzy tylko chwilowo czy nawet tylko pośrednio zetknęli się z naszym regionem. Jeśli chodzi o podział wiekowy, to nasze produkty rozkładają się po równo między osobami młodymi, a tymi ze starszego pokolenia. Ci w wieku naszych rodziców i starsi doceniają zjawisko promowania śląskiej kultury i godki i cieszą się bardzo tym, że nikt już nie krytykuje Ślązaków za ich mowę i są dumni mogąc nosić koszulki określające ich tożsamość.
Znamy już dość dobrze oczekiwania naszych klientów, bo obserwujemy co i jak się sprzedaje, o co ludzie nas pytają i co wspominają najlepiej. Dzięki temu wiemy, jakimi kryteriami się kierować przy kolejnych projektach i niemalże zawsze trafiamy w gusta odbiorców. Nie zakładamy konkretnych grup docelowych do poszczególnych produktów, staramy się, by każda rzecz zadowoliła wszystkich naszych odbiorców. Oczywiście, zauważamy, że pewne projekty podobają się bardziej młodym, a inne starszym osobom, ale to raczej widzimy dopiero po reakcjach klientów.

KS: Wiemy już na co zwracają uwagę klienci ze Śląska. Co w takim razie najmocniej przyciąga klienta z innego regionu?
MD: Spotykamy się z bardzo ciepłymi reakcjami osób z całego kraju, a także z zagranicy. Okazuje się, że doceniają to, jak dbamy o swoją kulturę, choć sami się z nią nie utożsamiają. Najczęściej nasi goście żałują, że w ich regionach nie funkcjonują podobne marki, choć nie trudno o typowe pamiątki np. góralskie czy mazowieckie, ale współcześnie chcą oni czegoś bardziej ambitnego, nie ustępującego aktualnym trendom chociażby dizajnu. Mamy też często klientów spoza Polski, którzy po powrocie do swoich krajów kontaktują się z nami mailowo i proszą o wysyłki zagraniczne, ponieważ chcą dzielić się gryfnie ze swoimi bliskimi. Mając na myśli całe zjawisko, które wokół nas ma miejsce, to jesteśmy pewni, że Polska nas rozumie. Jednak biorąc dosłownie to pytanie — nie zawsze śląskie słowa zawarte w naszych projektach są zrozumiałe dla wszystkich i zwyczajnie proszą o przetłumaczenie na polski 🙂 Na nasze nieszczęście są takie słowa, których nie sposób przełożyć na polski, a co dopiero na angielski język i zawsze mamy ten sam problem dotyczący wihajstra lub co? psinco 🙂

KS: Prowadzicie bloga po śląsku. Jaki ma to wpływ na pozycjonowanie Waszej strony? Czy w ogóle bierzecie pod uwagę?
MD: Regularnie publikujemy na naszej stronie gryfnie.com artykuły pisane po śląsku i o Śląsku. Mamy stałe grono czytelników, ale nie brakuje i tych, którzy sporadycznie czytają nasze teksty, bo akurat są zainteresowani tematyką poruszaną w konkretnym z nich. Widzimy po polubieniach i komentarzach, że dzięki udostępnianiu odnośników do strony na naszym fanpage zwiększa się ilość osób, do których docieramy, a także wejścia na samą stronę są wówczas częstsze. Mamy całkiem niezły wynik w pozycjonowaniu naszej strony, bo w wielu tagach mamy pierwsze miejsce lub niewiele niższe. Nie pracujemy zbytnio nad wybijaniem się w sieci, bo sprawdzone grono fanów zapewnia nam najlepszą reklamę 🙂

KS: Jaka jest specyfika prowadzenia firmy na Śląsku? Czy to trudny rynek?
MD: Ludzie tutaj są z jednej strony prości (nie prostaccy!) i przy tym wymagający. Nie musimy robić wymyślnych kampanii, bo nikt tego nie oczekuje, ale wiemy też, że nie przeszłyby koszulki słabej jakości, z nieciekawymi grafikami. Ślązacy nie lubią, gdy ktoś traktuje ich niepoważnie i próbuje sprzedać im kit. Nie krępują się też, żeby skrytykować coś, co im się nie podoba albo postawić warunki. Również z tym przychodzi nam się mierzyć, a cała sympatia w naszym kierunku jest chyba znakiem tego, że udaje nam się sprostać oczekiwaniom tutejszych klientów.
Sami jesteśmy Ślązakami i wyznajemy te same wartości — sumienie nie pozwoliłoby nam na korzystanie z półśrodków i robienie czegoś, co nie jest najlepsze w swojej klasie.
Z drugiej strony jest jednak nieprzebrana życzliwość ludzi, którzy w szczególnych przypadkach są wyrozumiali i wspierają jak najmocniej, bo wiedzą, że jesteśmy swoi i gramy w jednej drużynie.

KS: Jakie napotkaliście największe przeszkody, co Was zaskoczyło, słowem: czego można się nauczyć mając własny biznes?
MD: Najwięcej problemów spotyka nas podczas produkcji. Często okazuje się, że wymarzony projekt jest niemożliwy do zrealizowania, bo nie ma firmy, która byłaby w stanie wykonać któryś z etapów produkcji. Jest to szczególnie przykre, kiedy już poczynimy pewne inwestycje i rozpoczniemy przygotowania, bo wówczas rezygnując, ponosimy straty. Na szczęście zdarzyło nam się to niewiele razy i z każdej takiej sytuacji wyciągamy wnioski i jesteśmy ostrożniejsi przy kolejnych planach.
Przez te kilka lat prowadzenia własnego biznesu nauczyliśmy się także cierpliwości. To chyba najważniejsza cnota przy współpracy z innymi ludźmi. Trzeba się przyzwyczaić do tego, że żyjemy w takim miejscu i w takich czasach, gdzie ignorowanie wiadomości, niechęć do współpracy i robienie wielu rzeczy byle jak jest na porządku dziennym. Czasem jedyną drogą do osiągnięcia celu jest upór i natręctwo. Później może się okazać, że takie zdecydowanie i pewność siebie robi wrażenie, a dzięki temu nawiązuje się trwała i zadowalająca współpraca.

KS: Czy jest coś, co chcielibyście powiedzieć osobom, które zastanawiają się nad otwarciem własnej firmy?
MD: Po pierwsze: myśleć. Kiedy chce się zacząć coś po swojemu, trzeba to przemyśleć ze wszystkich stron. Warto też poradzić się kogoś zaufanego i doświadczonego, czy ten pomysł ma szanse powodzenia. Można zwyczajnie wziąć kartkę, spisać cechy projektu, wyznaczyć zalety i wady, pomyśleć o sposobach rozwiązania problemów. Jeśli jakkolwiek się zarabia, to rzadko występuje problem z pozyskaniem kredytu na rozkręcenie biznesu, ale trzeba mieć plan jak pożytecznie wykorzystać te pieniądze. Trzeba być pewnym słuszności obranego celu i wierzyć w jego pomyślność.
Do tego potrzebny jest właśnie dobry pomysł. Skąd go wziąć?

Idąc naszym przykładem — z największej pasji. Z tego, co jest bliskie od zawsze i na zawsze, dla czego chce się pracować i czym chce się dzielić z całym światem. Taka pasja, która zahacza nawet o misję w mniemaniu pomysłodawcy, jest gwarantem tego, że będzie się robić to, co się kocha, a to już wielkie ułatwienie.
Pomyślcie, o czym marzycie od zawsze, w czym jesteście najlepsi, co chcielibyście ocalić od zapomnienia, co kochacie. Na tej bazie można zdziałać cuda!